Kategorie: Wszystkie | i.graj | ingie
RSS
czwartek, 12 listopada 2009

Wieczór przedkonferencyjny. Trwa praca nad wspólnym referatem.
— Masz za dużo slajdów — zarzuca mi Aldona. Spoglądam na nią. Ona wytrzymuje mój wzrok. Patrzę więc dalej. Ona także.
— Zajebisty sposób na marnowanie czasu — konkluduje.

środa, 24 czerwca 2009

- Ina! Mamy lody! - dobiegło z łazienki moje głośne wołanie. Pragnęłyśmy mrożonej herbaty z Bunkra, ale zbliża się koniec miesiąca - no i sesja wciąż wisi nad nami. Więc dobre i lody.
- Zjem wszystko lody - rzekłam z zadowoleniem, wygrzebując białą czekoladę z zielonego pudełka. - A potem ZJEM WSZYSTKO POWIETRZE.
- A ja najpierw zjem wszystko lody - odparła po chwili zastanowienia Ina. - Potem wypiję więcej kawy, będę jeść pierogi z mojej hałdy pierogów i na koniec zjem wszystko powietrze.
- Ja zjem wszystko powietrze wcześniej - zaprotestowałam.
- Dobra, ale będziesz mieć w brzuchu tylko lody i powietrze, a ja będę miała brzuch pełen pysznych rzeczy - odpowiedziała, zadowolona z siebie.
- Co z tego. Przecież bez powietrza umrzesz. - Wzruszyłam ramionami. - Wszyscy umrzemy.

(kontekst obligatoryjny)

środa, 25 marca 2009

W życiu każdego składacza i w życiu każdego projektanta, a nawet w życiu amatora (choć to już rzadziej) przychodzi ten błogosławiony moment, kiedy z(e stosunkowo) czystym sumieniem wybiera z menu "Plik" opcję "Eksportuj do PDF" czy "Zapisz jako RTF", powziąwszy w myślach postanowienie już nigdy więcej tego pliku nie otwierać, by przypadkiem nie zauważyć w nim samotnej, niezrzuconej przez nikogo zawieszki.

Przyszedł ten moment, choć oddać trzeba sprawiedliwość historii, że nie odwiedzał on Retoryka po raz pierwszy (ani też, jak się okazuje, ostatni), i na (czy może, skoro już personifikując, do) Inę(/y). Choć OpenOffice nie należy do szczególnie kumatych edytorów tekstu (polecam zwłaszcza wstawianie glifów i eksport do pdf), czasem nie ma biedny edytor wielkiego wyboru.

Przy formatowaniu konspektu pracy rocznej, na przykład. 

 - Rewelacyjnie, świetnie, genialnie, super, klawo, niesamowicie, morowo, no cudeńko! - dobiegły mnie entuzjastyczne okrzyki od strony biurka.

- O, skończyłaś? Pokaż - odpowiedziałam z zainteresowaniem.

Odpowiedź była krótka i mówiła o "projekcie" wszystko. 

- Nie. 

czwartek, 12 lutego 2009

Prowincja. Koniec sesji, wszystkie stoliki zajęte, Pan Od Zeszytu z Podpisami krąży. Kakałko, kawa, nastrój frywolny.

Rozmowa toczy się na temat fatalnego krakowskiego chleba, padają nazwy piekarń, miejscowości, nazwiska legendarnych piekarzy i wdów po nich. Naturalnie nikt nie piecze chlebów jak własna matka, nikt też nie robi takich...

- ...muślinowych sosów - westchnęła Ina, rozpływając się we wspomnieniach.

- Pierogów! - dorzuciłam.

Po chwili zastanowienia, wraz z wywołanym przez nagły a smakowity obraz z przeszłości dramatycznym headdeskiem, z moich ust popłynęło rozpaczliwe:

- Rosół Cioci Krysi...

 Co zabrzmiało niemal jak Barszcz Walczaka. Choć zaręczam, że moja ciocia nie doprawia go sposobem Piotrka.

czwartek, 29 stycznia 2009

Ciemność za oknem zapadła dobrych parę godzin temu. W pokoju wszystkie lampy zgaszone, skrypty na podłodze, na półce, na biurku. Noc przed sesją.

W ciszy zapadłej nad parkietem słychać lekko przytłumiony przez poduszkę głos Iny:

- Ten materac jest... płaski.

W pierwszej chwili nie wiedziałam, jak mam odpowiedzieć na tak filozoficzną konstatację. Filozofia nigdy nie była moją mocną stroną.

- Nie jestem pewna, jak mam to interpretować - odmruknęłam ostrożnie.

- Nie mogłam znaleźć lepszego słowa - wyjaśniła. Zabrzmiało jak wyzwanie.

- Hm. Miałaś na myśli to, że się nie zapada pod twoim ciężarem, czy to, że jesteś w pozycji horyzontalnej? - chciałam ustalić ścieżkę poszukiwań odpowiedniejszego określenia.

- To pierwsze - padła lakoniczna odpowiedź.

- To może... niezapadalny.

Po chwili ciszy, gdy obie kontemplowałyśmy adekwatność określenia do opisywanej sytuacji, Ina westchnęła.

- Jestem przekonana, że dałoby się to wyrazić jakimś eleganckim dystychem...

- Może sonetem? - podchwyciłam.

- Nie wiem, czy to się nadaje na tak długą formę - odrzekła, zniechęcona.

- O, czym zapełniłabyś pierwsze dwie strofy, a czym dwie ostatnie? - spytałam, nabierając entuzjazmu dla rzuconego mimochodem pomysłu. Ina nie podzielała mojego zainteresowania.

- Nie wiem.

- To proste - kontynuowałam. - W pierwszych opisałabyś zmysłowość doznania niezapadalnej płaskości, a w ostatnich, jak się z tym czujesz.

- Myślę, że mogłabym to wyrazić derywatami od pewnego popularnego słowa, z którym wszyscy kiedyś mieliśmy ortograficzny problem - odparła, nawiązując do modnego ostatnio na uczelni prześcigania się w eufemizacji rzeczywistości.

- Myślisz, że potencjał słowotwórczy naszego języka jest tak duży, że zapełniłabyś tym aż dwie strofy? - tu znów ja okazałam swój sceptycyzm.

- Tak. Ale na zasadzie chiazmu.

- Mhm - zgodziłam się. - Ale to już nie byłby schemat "a b, b a", a raczej coś w stylu: "A a, a A".

Ina krótko oceniła wartość żartu:

- To było hermetyczne.

Racja. 

środa, 07 stycznia 2009

Ina siedzi pod lampą, otoczona notatkami i Tatarkiewiczem.

- No więc z tego wynika, że jeśli byt jest niebytem, to nie istnieje! - wybucha w ataku nagłej złości na sofistę Gorgiasza.

Rzucam okiem znad plumkającego Jacaszkiem laptopa i przypominam sobie perypetie paradoksalne Zenona z Elei.

- To trochę przypomina mi ten problem z wielością, że byt jest jednocześnie nieskończenie wielki i nieskończenie mały.

Po chwili zastanowienia:

- Myślę, że byt ma jakiś problem ze sobą. 

poniedziałek, 15 grudnia 2008

— Lubiłem lekcje łacińskie — powiedział św. Augustyn.

— Nigdy nie zostanę Ojcem Kościoła — powiedziała Aldona.

piątek, 12 grudnia 2008

- Wrócę innym człowiekiem.

Powiedziała Ina, wychodząc po PlayOnline.

czwartek, 11 grudnia 2008

Jednego poranka Ina stanęła przede mną na jednej nodze i powiedziała:

- Fajnie byłoby być mimem.

Po czym wybałuszyła oczy i przechyliła się w lewo, wyciągając do przodu ręce.

Ja siedziałam na swoim łóżku, oparta o ścianę, czytając teksty na ćwiczenia ze współczesnej. Spojrzałam na nią ciekawie. Teraz kucała rytmicznie przed otwartą szafką z notatkami.

- Nuda, nuda, nuda, huh? - rzuciłam znad Błońskiego.

Ina w odpowiedzi zrobiła szpagat.

- Nuda, nuda, nuda, STRES - podsumowałam.

Kolokwium z fonostylistyki zbliżało się nieubłaganie. 

- Cierpię na paranoję mleka - mruknęłam jednego wieczora z twarzą wtuloną w poduszkę. Zabrzmiało to dość grobowo.

- Na co? - odmruknęła Ina ze swojej części pokoju.

Podniosłam się na łokciu i powtórzyłam:

- Na paranoję mleka.

- Rozwiń - im później rozmawiałyśmy, tym bardziej lakoniczne stawały się odpowiedzi.

Przewróciłam się więc na drugi bok, by nie musieć powtarzać każdego zdania.

- To proste. Wiesz, że zwykle piję mleko prosto z butelki. Nie chcę jednak przypadkiem wypić głębokiego haustu mleka, które się zepsuło, więc kiedy otwieram butelkę, najpierw wącham jej zawartość. Nie ufam jednak mojemu nosowi, piję więc mały łyk i dopiero kiedy przekonam się, że smak jest w porządku, wtedy piję tyle, ile chciałam się napić.

- I gdzie tu paranoja? - Ina kipiała sceptycyzmem.

- Nie, paranoja zaczyna się wtedy, gdy, z zachowaniem całej procedury, piję mleko przed obiadem, jem obiad, po czym ponownie chcę się napić, sięgam po butelkę i wszystkie etapy muszę przejść jeszcze raz.

- Bez przesady, przecież mleko nie mogło się zepsuć w ciągu dziesięciu minut, kiedy jadłaś obiad.

- No właśnie. Paranoja. 

 
1 , 2